Trafri.net poleca: Film, Książki, Sztuka, Muzyka, Teatr
           


Na podwórzu
Wpisał: Mateusz Chaberski   
21.12.2006.
Się przeklina, a jakże! Co to, to nigdy w życiu nie wam pokażę! Opowiadała tak sąsiadka 
z końca ulicy swojej znajomej z daleka przyjeżdżającej. Się też śmieci, bałagani. Od tego harmidru uszy popękają. Nie przebierała w słowach kobieta w czerwonej chuście o kolorze bliskim rękawicy ogrodowej. Znajoma czekała cierpliwie mieszając herbatę cytrynową wciąż tymi samymi łyżeczkami cukru. Nerwowo potrząsała nogą na nodze. Spieszyła się wrócić do tego zapachu liści, które pamiętała z zamierzchłych czasów. Była młoda i piękniejsza niż jej matka pozwalała. Drzewa nie te już, niestety i opadły następne pokolenia listopadów. Coś 
w głosie sąsiadki było znajomego. Przebijała przezeń nutka goryczy z dawnych ogrodów. Nasamprzód obgadała całą gromadę dziatek kręcących się dookoła. Potem porobili się Turcy i Zydzi. Jak świat światem zamętu takiego dawno nie widziała i dobrze, bo zawsze trzeba być na bieżąco. Siedziała na krześle drewnianym do pary ze stołem. Obok pobrzękiwał stary zegar z hebanu już, a może i ochry. Nieistotne. Cerata w maki błyszczała w promieniach słońca wiosennego od Wielkanocy świecącego, jak szalone. Sąsiadka podjęła ją ciastkami 
z truskawkowym dżemem i musem z jabłek-malinówek. Słowem, istną sielankę przeżywała kobieta z podróży. Stara ciągle opowiadała. Gdyby się kobieta skupiła na jej wywodach, a nie gapiła się przez okno na grasujące nieopodal rybki w stawie, to może wiedziałaby o śmierci wisielczej Jaśka od Kuleszów i małżeństwie nieślubnym Tereski ze Zbyszkiem. Nie dowiedziała się. Za oknem koty marcowały, głośno przecinając ciszę mieszkającej nieopodal rodziny z dzieckiem małym, płaczliwym. Płotek stał samotny pomalowany na mahoń ciemny, słupki na biało. A kobiecina tak się wciągnęła w opowieści, że wyciągnęła 
z kredensu czerwoną nalewkę, wiśnióweczkę. Częstuje, pokłuje cierpkim smakiem gościa. Byś coś rzekła ma droga. Wyrzeczenie wielkie robi sąsiadka na rzecz gościa. Co też miałaby opowiedzieć? Że saksy się udały, że agroturismo weźmie i otworzy, że się panie częstują jej winem tavola, że co? Ona chętnie. Gdy już usta ma otworzyć zatrzymuje ją myśl straszna: Czy szminka w samochodzie nie otworzyła się i nie wylała na tapicerkę? Wybiegła z pokoju zostawiając rozmówczynię w geście między proszę a spadaj. Gwałtownie otworzyła drzwi wozu i zobaczyła szminkę na swym miejscu. Powróciła na miejsce mechanicznie uśmiechając się do siebie. Gdzie ci, no... zasłabniesz. Oj dziecko, oj, oj! Ojczyzna twoja już tutaj. Troszcząca się kobieta zaczęła przeszukiwać swoje wspomnienia w poszukiwaniu Italii ciepłej, glazurowej. Krwawo zachodzące słońce nad piemonckimi wyżynami. Była tam, młoda, co siedzi przed nią i nic nie mówi. A co ma mówić i dlaczego, zastanawia się znajoma sąsiadki. Jak wyjeżdżała, wszystkie kobiety miały już mężów, ona nie. Chciała macho, machu piachu dostała od życia. Tak dobrze jej. Ostatni mąż poprzestał na karcie kredytowej. Bała się sąsiadka zawsze, by na złą drogę nie zeszła. Obawiała się wód sodowych, ohydnych. Sikała w majtki o swoją najlepszą, jedną z jednych, znajomą. Bo wyjechała, dlatego tak ostro się martwiła. Zmyślała sobie wieczorami historyjki o pelargoniach, które pachniały jej najdroższą w ramiona białej lilii. Nic z tego. Musiała się obejść smakiem sernika i pierogów. Teraz podchodziły do siebie oschle, z rezerwą. Na murawie ustawiały mur, by gol nie padł tym razem. Jedna machinalnie się śmieje, druga pije niewiadomo co. Obie stare, choć jedna wyższa od drugiej. Z udawaną radością witają ciepłe uśmiechy. Obłudnie prawią komplementy nawzajem. Siedzi to w nich, jak w studni dziadek, na drabinie ledwo się trzymający. Studnia powstała ładna, czerwona, z gontem i kołem niezgorszym. Dziadek postawił też szopę. Jedną, może dwie, tego nie wie nikt. Odtąd w rodzinie mistrzowie szopi pracze podziwiają dzieła swych potomków, ale nie na odwrót. Żałuje teraz sąsiadka tamtych nocy z nim pod jedną pierzyną, pod jedną lampką na telewizorze, bez klosza, bo zdjęty. Spróbowałaby znajoma wspomnieć coś na ten temat, od razu wystawiała czerwony język. U nas, jak to na wsi, miastowy klimat w każdym domu. Tylko, że tam naprawdę było tak, że muchy omijały to miejsce szerokimi łukami. Właściwie, to, czego chcą od siebie, dwie byłe sąsiadki od siedmiu ogródków? Wspominać wspólnie tamte kolorowe jarmarki, czerwone lizaki, żółte jesienne kalendarze, medale z zawodów bez końca skłóconych, kosze w supermarkecie, papiery toaletowe, twarożki wszystek zjedzone, kawy najlepiej wiedzące, czerwone tulipany rozchylone od ciepła jego rąk? Proszę, ja ciebie, nie przyszłam na ploty o bele czym, ja się zapytać pofatygowałam, czy nie chciałabyś po prostu ze mną przejść się na San Francisko, bo dawno tam nie byłam, a bardzo bym chciała pójść. Zasadzimy nową, czerwoną trawę i nie będę musiała oglądać znaku zakazu nic nieznaczącego. W samochodzie mam wino marki chmielna, bo tak naprawdę to nie byłam w żadnych Saksach, tylko w Polsce tej nieznanej, szanowanej, nie to, co tutaj. Jużem przyjechała...
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »