Ostatnio opisane
- Hipnotyzujący Micah P. Hinson
- Wieczór Muzyki Folkowej
- Wieczór Muzyki Folkowej [foto]
- Zbieg Poetycki NaDziko [foto]
- Koncert muzyki filmowej Nino Roty [foto]
- Zbieg Poetycki NaDziko
- I Wieczór Muzyki Alternatywnej [foto]
- Trembling Blue Stars - The last holy winter
- Travis - The boy with no name
- Tomek Makowiecki - Ostatnie wspólne zdjęcie
Ostatnio na forum muzycznym
- прост& - invonsWrism - 28.02.2010
- откуд& - invonsWrism - 27.02.2010
- индив& - invonsWrism - 27.02.2010
- Đ´ĐžŃŃĐł индивидŃаНки Đ˛Đ´Đ˝Ń 7 - invonsWrism - 26.02.2010
- анкоŃа ĐżŃĐžŃŃиŃŃŃки поŃĐľŃĐąŃŃга - invonsWrism - 26.02.2010
Redakcja działu:
Redakcja Trafri - patronaty, reklama i sprawy organizacyjne
| Travis - The boy with no name |
| Wpisał: Julia Korus | |
| 10.02.2009. | |
|
Jeśli ktoś zwątpił w zespół Travis po przesłuchaniu płyty „12 memories", teraz powinien przysłowiowo pluć sobie w brodę. Po ponad 3 latach od wydania tamtego krążka, Travis pojawił się znowu, ze świetną płytą „The boy with no name". Czterej panowie z Glasgow od lat są ikoną optymistycznego indie i brit-popu. W wokalu Francisa Healeya nie znajdziemy cienia żalu i ani grama goryczy. Mimo to, jest w nim coś uroczo melancholijnego. Hity sprzed lat, jak „Sing” czy „Why does it always rain on me”, na płycie o chłopcu bez imienia znalazły godnych następców. Otwierający album kawałek „3 times and you lose” utrzymany jest w klimacie country. Dźwięk gitary prowadzącej jest niepokojący, ale wzmaga muzyczny apetyt na pozostałe 11 piosenek. Z drugiej pozycji atakuje nas „Selfish Jean”. Jest to najbardziej dynamiczny kawałek na płycie. O ile inne piosenki miejscami ocierają się o pop, ta pozycja jest mocno rockowa, choć nie traci nic z typowego dla Travisa prostego optymizmu i melodyjności. Po przebiegnięciu przez tę skoczną bombę, wpadamy wprost na najbardziej rozreklamowaną piosenkę z płyty, „Closer”. Tygodniami na szczytach list przebojów w całej Europie, skutecznie przywołała do porządku wątpiących w grupę cyników. W tym utworze wszystko się udało: mamy piękne backing-vocals, śliczny tekst, zaskakują partie instrumentów smyczkowych, które w ogóle nie gryzą się z prostymi gitarowymi uderzeniami. Dopełnieniem całości jest świetnie zrealizowany teledysk, w którym przekomiczną rolę maniakalnego szefa zagrał Ben Stiller. Kolejne propozycje na płycie są czymś na kształt szuflad, do których ktoś powrzucał wszystkie skojarzenia związane z Travisem. Mamy więc delikatnie rockowe „Big chair” i „Eyes wide open”, balladowe „Battleships” i bardzo udane „My eyes”. Ten utwór od początku jest moim faworytem na tym krążku – świetny tekst, chwytliwa linia melodyczna, czarujący wokal – słowem, dałam się złapać. Najsłabszym punktem jest natomiast „One night”. Jeśli porównać poznawanie płyty „The boy with no name” do pływania w cieplutkim morzu, przesłuchanie „One night” jest równie przyjemne, jak niespodziewane otarcie się o meduzę. „One night can change everything in your life / one night can make everything all right” pretenduje do miana nabardziej banalnych słów wyśpiewanych w 2007 roku. Na szczęście kolejna piosenka, „Out in space”, jest mocno odrealniona, wręcz kołysankowa. Świetnie brzmią cymbałki i chórek. Niemal ascetyczne brzmienie tej piosenki sąsiaduje z monumentalnym brzmieniem „Colder”. Ta prawie-popowa kompozycja zaskakuje… charmonijką ustną. Płytę zamyka absolutne muzyczne cudo, „New Amsterdam”. Tutaj skromny muzyczny podkład wzbogacają dźwięki miasta. Jest to dowód na to, że Travis świetnie radzi sobie zarówno ze ścianą dźwięku, jak i z pozornie prostym graniem. Każdego fana cieszą wszelkie bonusy i hidden-tracki. „Sailing away” jest na szczęście dodatkiem w dobrym stylu. Jest to bardzo „wygodnie” schowany bonus, nie trzeba czekać kilkunastu minut, aż się pojawi. Ta mocno rymująca się pozycja zgrabnie zamyka radosny krążek chłopaków z Glasgow. Lekko sprzęgające gitarowe solówki nadają zadziorności i pozostawiają miłe muzyczne wspomnienia dotyczące całego krążka. Cieszy fakt, że Travisa nie pogrążył brak sukcesu wcześniejszej płyty. Widać, że przerwa dobrze im zrobiła, skoro zafundowali fanom coś tak ładnego, spójnego i zgrabnego jak płyta o bezimiennym chłopcu. Jestem zauroczona tym wydawnictwem i wybaczam nawet koszmarny kawałek o tym, co może stać się jednej nocy. Zresztą, Fran jest tak uroczym wokalistą, że jak można mu nie wybaczyć…? |
|
| Zmieniony ( 10.02.2009. ) |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|


