Trafri.net poleca: Film, Książki, Sztuka, Muzyka, Teatr
           


Pukając do obuwniczego drzwi
Wpisał: Mateusz Chaberski   
20.03.2007.
Kupuję buty. Niech Bóg zobaczy moje podchody do świata. Po lesie miasta urządzę sobie survival. Błoto, pot, krew – niełzy. Niezłe kupię sobie obuwie w kolorze odpowiednio
– czarno podobnym. Bóg mi wybaczy przejście przez ulicę w zakazanych miejscu i rozdeptanie małej, zielonej gąsieniczki na chodniku. Bój się gąsienico, wchodzenia mi w drogę pod pretekstem życia. My gąsienic nie wpuszczamy. W niebie nie ma miejsca dla pełzających oślizgłych. Od prochu utyłaś, w proch się obrócisz.

Bez butów idę chodnikiem. Pani z suczką obraziła się na swoje zwierzę. Pokłóciły się o pieniądze. Ulubienica zażądała od właścicielki kieszonkowego na swoje drobne wydatki. Kłótnia na zawsze i od zawsze. Pocieszam panią opowiadając o butach: pięknych martensach w kolorze skóro-brąz. Staruszka uśmiecha się do mnie serdecznie i ciepło. Z sympatycznym zatroskaniem przygląda się moim dziurom w skarpetkach. Chętnie by pewnie zacerowała rany na moich stopach. Babciu, wracaj do swojego wnuka. Siedzi teraz na nieodpowiednim trzepaku konwersując z damą z łasicy. Możliwe, że fast foody urządzają sobie bal w jego żołądku, a kebaby przesłaniają dziadkowe, przykurzone binokle. Gdyby się stłukły, byłoby niefortunnie. Pomknęła na osiedle zamykając za sobą bramy strachu.


W tramwaju opieram się prawie bosymi stopami o rurkę siedzenia przede mną. Kobieta z wózkiem mimo zakazu wjazdu taszczy swój skarb na pokład. Z charakterystycznym szczeknięciem odjeżdżamy z przystanku. Ruchem posuwistym napływa do mojej twarzy woń alkoholu. Szkoła życia dla podróżnych zmienia się w niezwykłą agorę. Jeden z uczniów, dajmy na to, kolega z sąsiedztwa, podaje rękę kobiecie z dzieckiem. Jak korek od butelki ręka brutalnie wychodzi na jaw. Jedna nić DNA rozpoczyna proces replikacji. Alkohol bije mnie  w nos, zatyka usta. Patologiczny płacz dziecka słychać w całej szkole wrażeń. Nie mogę tego znieść już dłużej. Wysiadam, mimo zakazu wyjazdu, na placu bez nazwy. Matka  z dzieckiem zauważają jedynie serce na metce produktu, którym jestem. Wyprzedanym za bezcen, bezsensem okrutnym. 


Do obuwniczego wchodzę z sercem w okolicy ramienia. Bóg mnie widzi: bosego, brudnego od kostek w dół, niezgrabnego. Ostatni raz w szkole byłem 2 tygodnie rozczarowań temu. Później nie było po co, gdyż ja nie z tych, co zadowalają się byle dzwonkiem. Pokutę zadaną odprawiłem, pomodliłem się za jego bolesną mękę, za jego ciasteczkowe zło, które zdało mi się ohydne, pistacjowe. Obraziłem Go następującymi czynami: pocieszałem koleżankę, która została zawieszona; zamykałem oczy w „momentach” serdecznych obścisków i kuksańców; rozpalałem uczucia romantyczne, werteryzowałem na pohybel. Bolałem sam siebie przez jego słowa, bo to nie były zwykłe sygnały – białe było białe, a czarne wcale nie to samo. Nie mówiłem pani dzień dobry, kiedy trzeba. Już teraz czasu nie ma. Więcej kamieni już nie pamiętam, serdecznie za nie pożałuję nosząc te buty. 


Są ładne: proste, solidne, jednolite, wykwintne od góry do dołu, od wagi po fason. Względnie ciepłe, bo zima idzie. Do szkoły już w skarpetach się nie pofatyguję. Wystarczy już tych chudych lat, bo wyjście do Kanaanu już blisko. Kupuję te buty, żeby skopać mu tyłek bardzo mocno. 
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »