| Filipek |
| Wpisał: Marek Kalnik, wdev | |
| 22.09.2007. | |
|
Drzwi do sali 203 skrzypnęły niespokojnie. Kiedy się wchodzi do tej sali nie widać zbyt wiele. Zakratowane okno wychodzi dokładnie na północ, a w dodatku ocienia je rozłożysty klon. Wiecznego półmroku nie potrafią rozproszyć, nawet świecąc razem, trzy nocne lampki, które stoją na stolikach przy każdym z łóżek. Jarzeniowa lampa na suficie odmówiła współpracy po ostatniej burzy, jakiś miesiąc temu, i nikomu nie było śpieszno się nią zająć. Ściany, niegdyś żółte, z odpadającym tynkiem i subtelnymi freskami wilgoci, zamykały w sobie niewiele więcej przestrzeni, niż wymagały tego trzy metalowe łóżka z malutkimi szafko-stolikami. To wszystko widział stojący w drzwiach kilkuletni chłopiec. I coś jeszcze. Filipek zbliżył się do środkowego łóżka. Tylko ono było zajęte. Staruszek, który na nim leżał uśmiechnął się z wyraźnym bólem i usiadł na brzegu. Towarzyszył temu przerażający zgrzyt starych sprężyn, jednak dziecko wyglądało na przyzwyczajone do szpitalnego życia. - Dzień dobry, dziadku – powiedział chłopczyk siadając obok staruszka. - Dzień dobry, Filipku, przyniosłeś mi coś? W tonie jego głosu można było uchwycić wyraźną nutkę nadziei. Wibrowała ona jeszcze przez długi czas, nawet kiedy pytanie zgasło całkowicie. Staruszek zamknął oczy, przez co nie mógł zobaczyć uśmiechu wytrawnego pokerzysty, który zagościł na ustach dziecka. - Zna dziadek zasady... - powiedział cicho Filipek – najpierw czekam na opowieść. Wyciągnął z kieszeni malutki dyktafon, przewinął i postawił na stoliku. Dyktafon skrzypiał cicho, zachęcając do mówienia. Dziadek siedzący na łóżku również się uśmiechnął, ale on całkowicie szczerze. Wiedział, że Filipek zawsze przynosił, to o co się go prosi. Był chyba synkiem którejś z pielęgniarek, chociaż nikt go nigdy z żadną nie widział. Kręcił się po szpitalu o każdej porze dnia i nocy zbierając na swój malutki dyktafon historie pacjentów. Starszych ludzi. Ostatnie historie. Dziadek wziął głęboki wdech i zaczął opowiadać. W jego opowieści walka z Rosjanami mieszała się z przemycaniem kiełbasy przez granicę, krótkie chwile szczęścia z długimi okresami biedy, sanacja z komunizmem. Opowiadał o pracy dla Niemców, o męczarni w hucie za czasów PRL-u, o starej Syrence, którą codziennie jeździł na działkę. Wreszcie o dzieciach, które wyjechały do Warszawy, o wnukach, które nie jedzą nic poza hamburgerami, a przychodzą do niego tylko po kieszonkowe, o małej emeryturze, której nie zawsze starcza. Mówił spokojnie, jakby nic z tego, o czym opowiada, już go nie dotyczyło. Całe jego życie, całe osiemdziesiąt lat życia powoli spływało na kręcącą się, skrzypiącą, czarną taśmę. Filipek siedział machając nogami w białych bucikach. Wsunął rękę do kieszeni i poszukał, między papierkami po cukierkach i połamanymi kredkami, zielonej tabletki. Była mała, okrągła i całkiem niewinna. Dawała nadzieję, tak mówiło wielu jego klientów. Kiedy dziadek skończył opowieść, wspominając ostatnie dni swojej choroby, chłopczyk wstał i wyłączył dyktafon. Całe życie nie waży dużo – pomyślał i zostawił na stoliczku tabletkę. Wychodząc ukłonił się dziadkowi, życząc mu szczęśliwej podróży. Staruszek miał bladą twarz, jakby uciekły z niej już ostatnie krople życia. Zażył tabletkę i położył się, zamykając oczy. Jego oddech stawał sie coraz spokojniejszy, głębszy i cichszy. Biały jak płatek śniegu. Na korytarzu brzmiały kroki odchodzącego chłopca, który kurczowo ściskał trzymany w kieszeni drogocenny dyktafon. |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
