|
It was about setting things in motion.
Dublin przywitał mnie deszczem. Po szybie autokaru wiozącego mnie powoli z Waterford spływały kolejne krople. Zmyły ze mnie przynajmniej wszystkie troski minionego tygodnia. Nagle niebo rozchmurzyło się przebłyskiem słońca, to był znak, ze czeka mnie cudowny weekend z kultura! Błądząc trochę po Temple Bar, kolorowo – artystycznej dzielnicy Dublina, szukałam wskazanego adresu, pod którym miał się odbywać pierwszy festiwal prezentujący sztukę polskich artystów żyjących w Irlandii. Dotarłam wreszcie do Project Art Center. Była może piętnasta i nic w zasadzie się jeszcze nie działo. Przewijali się uczestnicy festiwalu, oglądając wystawy fotografii, oraz ci, którzy ‘cos słyszeli’ i postanowili zobaczyć o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi. Od dwunastej w południe, w foyer można było obejrzeć multimedialna i ścienną wystawę fotografii, min prace Dawida Siciory, publikującego swoje zdjęcia w Polskim Expressie, czy Małgorzaty Smierzchalskiej. Kilka kroków za ProArtCenter, w tzw. Filmbase znalazłam właściwa, sporych rozmiarów wystawę malarstwa, rzeźby i rysunku. Były tam także dzieła komiksowe Wojtka Kucharza i ręcznie robiona biżuteria Marii Tom i Justyny Jastrzębskiej, nad która niejedna pani stanęła w zachwycie. W międzyczasie pojawiła się pełna obaw Monika Sapielak, organizatorka całego przedsięwzięcia-. Z lekiem w oku, ale i z radością, ze oto nadeszła chwila, by słowa i myśli ożywić tu i teraz, czyli wypełnić motto imprezy :‘It’s about setting things in motion’ Wszystko jednak, wraz z oficjalnym otwarciem Polish party Summer, miało się odbyć dopiero wieczorem. Z wybiciem godziny ósmej drzwi do sali zostały zamknięte. Przygasły światła i z drabiny ustawionej na scenie przemówiła założycielka ArtPolonii, rozpoczynając swój festiwalowy eksperyment. Różnorodność artystów prezentujących się na scenie, była ogromna. Zdecydowanie pierwsze skrzypce wyróżnienia grał… a właściwie zagrał właśnie na skrzypcach Marcin Diling. Publiczność dostała zastrzyk dobrego bitu wyrapowanego po angielsku przez Piotra Malinowskiego. Ewa Gigon zaś zaczarowała wszystkich swoim delikatnym głosem i dźwiękami najdziwniejszych przedmiotów tworzących jej orkiestrę.
Nietypowo, bo gościnnie wystąpili Jacek Hałas i Alicja Choromanska- Hałas podający surowe, akustyczne brzmienia zaprawione szczypta melancholii i tęsknoty za dawnymi czasami, czyli Pieśni Dziadowskie.  Końcową imprezę w niedziele uświetnił występ DJ’a Macka Rausa, prowadzącego w piątki Wieczór Kulturalny w dublińskim radiu 103.2 Anna Livia FM. Był to czas by świętować powodzenie pierwszego takiego festiwalu w Irlandii. Wszystkie bilety zostały wyprzedane, przedsięwzięcie spotkało się z dużym zainteresowaniem i wiemy już, ze będzie na nie zapotrzebowanie na przyszłość. Cieszy fakt samej inicjatywy i rosnącej liczby ciekawych artystów działających na emigracji. Oby działo się to częściej i na większą skale. Czas się pokazać – do dzieła! |