Trafri.net poleca: Film, Książki, Sztuka, Muzyka, Teatr
           


Memoria
Wpisał: Łukasz Pająk   
07.06.2008.

Część 1 z 3


Niewielkie białe obłoki wędrowały po błękitnym niebie. Błękit ten był tak piękny, że trudno było oderwać od niego wzrok. Tylna kanapa Jaguara z 1975 roku była bardzo niewygodna. Chwilami nawet myślałem o tym, żeby usiąść wygodnie, ale to było zbyt ryzykowne. Stałbym się łatwym celem. Chociaż z drugiej strony, kto mógłby mnie szukać po środku pustyni …aha. Nie przedstawiłem się. Wybaczcie, ale ostatnio moje życie stało się niezwykle skomplikowane, ale po kolei. Nazywam się Jake Wilton. Jestem Amerykaninem…, chociaż właściwe to mój ojciec był Bułgarem a matka Francuską, więc nie wiem, czemu tak na siebie mówię. Może, dlatego, że od 30 lat mieszkam w Stanach. A więc wspomniałem, że siedząc mogę być łatwym celem. Sprawa jest trochę skomplikowana. Jeszcze kilka dni temu żyłem sobie spokojnie, bez większych zmartwień czy podejmowania właściwych decyzji. Ale los chciał, aby taki stan rzeczy nie trwał długo.

* * *

Wszystko zaczęło się w ten deszczowy dzień. Jak co wieczór, gdy wracając z pracy wstępowałem do baru Tonniego. Oczywiście właściciel nie miał nic wspólnego z tą nazwą, ale „Bar u Tonniego” zazwyczaj dobrze się kojarzy. Więc zupełnie przemoknięty wszedłem do środka. Było wyjątkowo dużo osób. W rogu z szafy grającej leciał kawałek jakiegoś hitu z lat 70’. Rozejrzałem się w poszukiwaniu jakiegoś miejsca, które mógłbym usiąść i zamówić coś do picia. Powoli mój wzrok wędrował wzdłuż jednej ściany, potem drugiej i gdy myślałem, że już nic nie znajdę nagle na samym końcu pomieszczenia było jedno wolne miejsce. Akurat dla mnie. Przy stoliku było tylko jedno krzesło, zupełnie tak jakby los specjalnie zarezerwował je dla mnie. Czym prędzej ruszył, by nikt mnie nie uprzedził. Z trudem przedzierałem się przez tłum. Rozmowy były tak głośne, że chwilami nie słyszałem własnych myśli. Wreszcie dotarłem do mojego celu, w tej chwili najważniejszego celu. Usiadłem powoli na miękkiej ławeczce, aby jak najmniej podrażnić przemoczone ciało. To było coś wspaniałego. Ściągnąłem mokrą kurtkę i położyłem obok siebie. Po chwili barman krzyknął w moją stronę:

-Dobry wieczór! Co podać!? – hałas był tak głośny, że z trudem go usłyszałem.

-Coś mocnego! Może wódkę z tonikiem! – od krzyczałem a barman kiwnął głową i zabrał się za robienie drinka. Po chwili delektowałem się popijając go bardzo powoli. Był wyśmienity. Wziąłem jeszcze jeden łyk i odstawiłem szklankę na stół, po czym oparłem się i przymknąłem oczy. Byłem tak zmęczony, że harmider stał się dla mnie prawie niesłyszalny. Po chwili zacząłem dryfować gdzieś w krainie snów. Nagle coś mnie z niego zabrało.

-Oj. Przepraszam najmocniej. To moja wina, proszę mi wybaczyć. – powiedział nieznajomy, który szturchnął mnie starając przedostać się do tylnych drzwi. Spojrzałem na niego lekko rozdrażniony, ale po chwili uśmiechnąłem się i rzekłem:

-Nic nie szkodzi... – i nawet nie zdążyłem dodać nic innego, gdy tego osobnika już nie było w klubie. Kiwnąłem ramionami i chciałem wrócić do drzemki, gdy nagle alarm w moim zegarku oznajmił mi, że najwyższa pora wracać do pracy. Powoli zwlokłem się z wygodnej ławki, chwyciłem kurtkę i ruszyłem w stronę wyjścia. Po drugiej stronie ulicy stała zaparkowana moja taksówka. Sięgnąłem do kurtki w poszukiwaniu kluczyków, gdy nagle coś mnie uderzyło z tyłu w plecy. Upadłem na ziemię.

-Szybko, podnieś go. – powiedział jeden z napastników. Krople deszczu wpadały mi do oczy, więc nie mogłem się przyjrzeć, kim byli. Jedyne, co zauważyłem to, że oboje mieli czerwone szarfy powieszone na szyi.

-Gadaj gdzie to masz! – krzyknął drugi, gdy przeszukiwał moje kieszenie.

-Hej wy!!! Stać!!! – nagle usłyszałem trzeci głos. Napastnicy puścili mnie na ziemię i zaczęli uciekać. Kątem oka zobaczyłem jak z drugiej strony zbliża się do mnie radiowóz policyjny. Jeden z policjantów wystawił głowę przez okno i spytał.

-Nic ci nie jest?

-Nic. – odpowiedziałem a policjant kiwnął głową, włączył syrenę i ruszył w pościg. Powoli wstałem na proste nogi i otrzepałem ubranie z wody.

-Co to było do cholery? – powiedziałem sam do siebie. Schyliłem się i podniosłem kluczyki od samochodu. Po chwili siedziałem w aucie i już miałem odpalać, gdy nagle jakiś przedmiot ukuł mnie w nogę. Sięgnąłem do kieszeni, by sprawdzić, co to mogło być. W ręce trzymałem dziwny kamień, na pierwszy rzut oka przypominający trochę diament, ale był inny, niż te które pokazują w telewizji. Cztery ściany i wszystkie w kształcie trójkąta. Był wielkości piłeczki do golfa. „A to co” pomyślałem. Nagle kamień błysnął jasnym światłem. Przymrużyłem oczy, gdyż oślepiające światło było tak moce, że rozświetliło całe wnętrze taksówki. Po chwili kamień zgasł. Spojrzałem na niego i nie mogłem uwierzyć w to co przed chwilą zobaczyłem. Nie odrywałem wzroku od kamienia jeszcze przez kilka sekund, gdy nagle usłyszałem klakson z tyłu samochodu.

-Hej, ruszysz się wreszcie! – krzyknął kierowca drugiego pojazdu stojącego za mną. Kiwnąłem mu ręka i odjechałem. Deszcz rozpadał się tak mocno, że wycieraczki nie nadążały zbierać wody z szyby. Ulica tonęła w strugach deszczu. Cały czas trzymałem tan dziwny kamień w ręce. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale czułem, że jestem w stanie zrobić wszystko. Poczułem w cały ciele świeżą energię, coś co sprawiło, że moje samopoczucie poprawiło się na zdecydowanie lepsze i z jakiegoś powodu, kiedy dotknąłem kamienia wszystko stało o wiele prostsze. Jechałem powoli, ponieważ droga była śliska a moja taksówka miała nie zbyt dobrej jakości opony. O poślizg nie było więc trudno. Wszystko wydawało się iść we właściwym kierunku, gdy nagle usłyszałem za sobą pisk opon i gdy spojrzałem w lusterko to zobaczyłem jak ogromna ciężarówka pędzi w za mną i niebezpiecznie szybko się zbliża.

-Co jest? – spytałem sam siebie. Nagle poczułem uderzenie w tylny zderzak. Rzuciło mną w fotelu jak szmacianą lalką. Ledwo opanowałem samochód. Ciężarówka uderzyła jeszcze raz. – Co to za wariat? – i nacisnąłem mocniej na pedał gazu. Momentalnie zacząłem oddalać się od szalonej ciężarówki. Wydawało się, że nie będę miał problemu ze zgubienie jej, gdyż droga była prawie pusta. Tylko gdzie niegdzie mijało się jakiś inny samochód. Nagle wpadłem jednym kołem w jakąś małą dziurę na drodze. Niestety jechałem zbyt szybko, aby skończyło się tylko na małym wstrząsie. Samochód odbił się podwoziem od asfaltu i został wyrzucony w powietrze na kilka metrów. Mocno złapałem się kierownicy, aby zamortyzować uderzenie. Taksówka przechyliła się w powietrzu na bok i z całym impetem wpadła do jednego za sklepów. I BOOM!!!

Nagle ocknąłem się w taksówce, stojącej naprzeciwko „Baru u Tonniego”. To wszystko to był tylko sen. Wydawał się taki rzeczywisty, ale tak naprawdę był tylko fikcją. Wymysłem mojego zmęczonego umysłu. Jednak, aby się przekonać na własnej skórze sięgnąłem ręką do kieszeni spodni. Nic tam nie było. Odetchnąłem z ulgą. Chwyciłem za kluczyki w stacyjce, gdy nagle na ulicy coś rozbłysnęło jasnym światłem i po chwili zgasło. Spojrzałem w tamtą stronę pełen obaw. Nikogo na ulicy nie było. Deszcz zaczął padać jeszcze mocniej. Wyszedłem powoli z samochodu i skierowałem się w miejsce tajemniczego źródła światła. Gdy byłem blisko rozpoznałem ten przedmiot. Był to ten sam kamień, który widziałem w swoim śnie. Podniosłem go z ulicy i przyjrzałem się dokładnie.

 

* * *

 

I tak to się zaczęło. Czysty przypadek czy jakieś zaplanowane działanie? Teraz już sam nie jestem pewien. Wiem jedynie, że wiele osób chce zdobyć to co posiadam. Oni chcą zdobyć ten kamień. Pustynia była najbezpieczniejszym miejscem. Ale wiedziałem, że długo mnie nie ukryje.

 

* * *

-Ellen, mam do ciebie prośbę. Wiem, że jest późno, ale ta sprawa nie wymaga zwłoki. – powiedziałem. Z drugiej strony odezwał się kobiecy głos.

-Wiesz, która jest godzina? 3:40 nad ranem. Nie masz co robić tylko budzić porządnych obywateli.

-Przepraszam, ale jak wspomniałem to jest bardzo ważne. Za 10 minut będę ciebie.

-Hej, poczekaj! – ale nie Ellen nie zdążyła już nic powiedzieć, bo wyłączyłem się i przycisnąłem mocniej pedał gazu. W kilka minut później stałem już przed drzwiami Ellen. Była detektywem w wydziale zabójstw. Otworzyła drzwi. Jej piękno było powalające. Czarne, długie, rozpuszczone włosy. Piękna, gładka i opalona skóra. Ellen była latynoskiej urody. Ubrana była w niebieski szlafrok. Po jej minie było widać, że nie była zbyt zadowolona z mojej wizyty.

-Co ty kombinujesz? – zaczęła.

-Mogę wejść? – otworzyła szerzej drzwi i wpuściła mnie do mieszkania.

-Więc czemu zawdzięczam twoją wizytę?

-Temu. – rzekłem i położyłem tajemniczy kamień na stół. Ellen podeszła bliżej i spytała:

-Co to jest? Wygląda na diament i to spory.

-Wiem, ale wydaje mi się, że to nie jest zwykły diament.

-Dobra, lepiej powiedz komu to zwinąłeś.

-Czemu taksówkarz od razu musi być złodziejem?

-Nie zapomnij, że wyleciałeś z wydziału za kradzież. – dodała.

-Mówiłem ci już, że nie miałem wyjścia.

-To twoja wersja. Prokurator i kapitan twierdzą inaczej. Ale do rzeczy, bo chyba nie przyszedłeś tu pochwalić się tym kamieniem? Prawda?

-Masz rację. Znalazłem go na ulicy. Zaświecił się bardzo jasnym światłem i wtedy go zobaczyłem.

-Co? Na pewno nic nie piłeś?

-Ellen, daj spokój.

-No dobrze. Więc kontynuuj.

-No więc podniosłem go i poczułem coś dziwnego. Jakbym stał się przez chwilę kimś innym.

-Wiesz co, mam ochotę na kawę. Jak już mnie obudziłeś to napij się ze mną.

-Ok. – odparłem i nie przestawałem mówić. Opowiedziałem Ellen całą historię z tym dziwnym snem. I kiedy siedzieliśmy przy stole w salonie nagle kamień ponownie błysnął jasnym światłem tak jak lampa w aparacie fotograficznym.

-Co to było? – spytała Ellen wstając od stołu.

-No właśnie, nie mam pojęcia co jest grane? Wtedy świecił się dłużej. – chwyciłem kamień w rękę, aby przyjrzeć się mu bliżej. Ellen stała niepewnie przede mną.

-Skąd to masz? – spytała.

-Przecież ci mówiłem, że to znalazłem. Ci dwaj goście, których policja przepłoszyła pewnie tego szukali.

-Pierwszy raz w życiu widziałam coś takiego. – powiedziała Ellen siadając ponownie przy stoliku.

-Mnie też bardzo to dziwi. Może w miejskiej bibliotece będą jakieś wzmianki na temat tego kamienia. – zasugerowałem.

-Np. w dziale ksiąg starożytnych. – dodała z lekkim rozbawieniem.

-A czemuż by nie. – odpowiedział ironicznie.

-Skąd możesz wiedzieć skąd to pochodzi. Nawet nie wiesz z jakiego okresu to może być, czy nawet z tego świata.

-Dopóki nie sprawdzę to się nie dowiem.

-Ok., jak chcesz. – dodała wstając od stolika.

-Dzisiaj wieczorem zadzwonię do ciebie i dam znać jak coś znajdę.

-Chyba nie mówiłeś poważnie o tym szukaniu w bibliotece.

-Zadzwonię wieczorem. – odparł i wstał od stolika szykując się do wyjścia.

Wróciłem do taksówki i postanowiłem od razu wybrać się do miejskiej biblioteki. Niestety była godzina 4:45 nad ranem więc do otwarcia miałem jeszcze kilka godzin. Chciałem się przespać, ale nie czułem w ogóle zmęczenia. Kamień nie dawał mi spokoju. Pewnie mi się wydawało, ale od kiedy go dotknąłem poczułem się jakby trochę inaczej, lepiej. Zbliżała się godzina 9:00. Deszcz nie padał już od dobrych paru godzin, ale kałuże były tak wielkie i wszędzie było mokro, że poruszanie się było bardzo trudne. Miejskie studzienki nie nadążały pompować wody co było główną przyczyną zalanych dróg i chodników. Zobaczyłem jak jeden z pracowników otworzył drzwi główne od biblioteki. Natychmiast wyszedłem i skierowałem się w ich stronę.

-Dzień dobry. – powitał mnie pan siedzący z biurkiem przy wejściu.

-Dzień dobry.

-Nie sądziłem, że tak szybko kogoś zobaczę. – dodał.

-Mam ważną sprawę. Proszę mi powiedzieć, gdzie znajdę jakieś książki o diamentach lub rzadkich kamieniach?

-W 17 rzędzie po lewej stronie.

-Dziękuję. – powiedział Jake i ruszył w stronę wskazanego miejsca. Wybrał najciekawsze pozycje i zaczął przeglądać je, jedną po drugiej. Czas leciał nieubłaganie a Jake dalej nie znajdował żadnych informacji, które by go interesowały. Po 7 godzinach spędzonych przed książkami postanowił zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Najdziwniejsze wydało się dla niego to, że mimo tak długiego czasu spędzonego w bibliotece prawie w ogóle nie czuł zmęczenia. Stanął na schodach przed głównym wejściem do budynku. W środku z biegiem dnia zaczęło przychodzić więcej osób, mimo to w budynku nadal panowała grobowa cisza. Szare chmury dalej pokrywały niebo i w każdej chwili mógł spać kolejny strumień deszczu. Jake sięgnął do kieszeni i wyciągnął kamień, aby przyjrzeć się mu ponownie. Tym razem nie zabłysnął jasnym światłem, ani nawet nie wydawał się być jakiś szczególny. Kiedy przyjrzał mu się uważniej, doszedł do wniosku, że kamień wydawał się być pusty, bez „witalności” jaką spostrzegł, kiedy zobaczył go po raz pierwszy. Włożył go z powrotem do kieszeni i wrócił do stolika, przy którym przeglądał książki o kamieniach. Gdy usiadł na miejscu jego telefon komórkowy odezwał się głośnym dźwiękiem. Wszyscy podnieśli wzrok w stronę Jake’a a ten się zaczerwienił i szybko wybiegł na korytarz.

-Słucham?

-Cześc Jake. Tu Ellen

-Hej, co jest?

-Chciałam zapytać jak ci idą poszukiwania.

-Nie najlepiej. Zaczynam myśleć, że to strata czasu.

-Może masz rację, ale ja dowiedziałam się czegoś bardzo interesującego o tym kamieniu.

-Jak to? – spytał zdziwiony.

Dzisiaj rano przywieźli na komisariat jakiego faceta. Wydawał się być jakiś przygnębiony, gdy nagle wyrwał się policjantom i zaczął demolować posterunek. Szybo obezwładnili go. Teraz siedzi w celi i cały czas mamrocze o jakimś kamieniu. Mówi dziwne rzeczy, ale chyba powinieneś tu przyjechać.

-Ok. Zaraz tam będę. Dzięki Ellen. – powiedział i szybko wybiegł z budynku i skierował się w stronę swojej zaparkowanej taksówki. Czuł, że to jest to czego szuka.

Koniec części 1

Zmieniony ( 07.06.2008. )
 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »