| Dnia siódmego |
| Wpisał: Monika Korzon | |
| 24.06.2008. | |
|
W moim życiu nic ciekawego się nie wydarzyło. Żadnych miłości, żadnych wielkich przeżyć, od zawsze byłam i trwałam przy tym co dostawałam. Z łatwością można było mnie określić jako jedną z tych nudnych istot, które nie mają zamiaru robić czegoś ze swoim istnieniem, albo po prostu nie potrafią. Z czasem doszłam nawet do wniosku, że ludzie dzielą się na tych, którzy coś robią i na tych, którzy czekają na to, co ofiaruje im kolejny dzień. Ja należałam do tych drugich.
Każdego dnia budziłam się i odprawiałam swoje codzienne rytuały. Wstawałam, ubierałam kapcie, które co wieczór kładłam w nieładzie przy łóżku. Potem łazienka i poranna kąpiel, po której myłam zęby zieloną szczoteczką i jedną z tych lepszych past, których reklamy były pieczołowicie dopracowane przez polskich dentystów. Następnie ubierałam się - zawsze w ciemne rzeczy, które ewentualnie doprawiałam kolorową apaszką - takie, jakie się dostaje od kochanych przyjaciółek. Potem śniadanie. Moja lodówka zawsze była pełna - gdy czegoś brakowało - zaraz kupowałam, więc nie było problemów z dobraniem jakichkolwiek produktów. W gorsze dni jadłam płatki z mlekiem, w te lepsze była jajecznica z bekonem i tostem. Moje nudne poranki zawsze kończyłam wyjściem do nudnej pracy. A wieczorami? Wieczorami wracałam do mojego pustego mieszkania. Szybka kolacja, telewizor lub książka. Ot co moje życie, którego nawet nie starałam się ubarwić. Raz na jakiś czas miałam objawienie mówiące „zrób coś wreszcie bo…”: zostaniesz sama, nikt nie będzie na ciebie zwracać uwagi, nikogo przy tobie nie będzie, a nawet jak będziesz chora to nikt ci chusteczki do nosa nie da. Objawienie mijało, a ja dalej machałam ręką na moje życie, mówiąc sobie że widocznie takie osoby też muszą dopełniać społeczeństwo. I tak w kółko - życie, objawienie, życie. Z czasem już nawet do tego nie przykładałam wagi, nawet wtedy gdy w lustrzanym odbiciu było widać pierwsze zmarszczki, potem kolejne i kolejne. Aż doszłam do wieku, w którym wydawało mi się, że już nic nie można zrobić, tylko czekać na wybicie odpowiedniej godziny. Pewnego wieczoru, siedząc samotnie w fotelu usłyszałam dzwonek do drzwi. Rzadko kiedy zdarzało się to o tej porze więc podskoczyłam i momentalnie znalazłam się przy klamce - przy tym modląc się aby to tylko nie była pomyłka. Gdy otworzyłam, moim oczom ukazał się widok zniszczonej klatki. Ze smutkiem i żalem w sercu stwierdziłam że nikogo za drzwiami nie ma. Doszłam więc do wniosku, że najwidoczniej mój umysł wraz ze zbliżającą się starością płata mi figle. Ze zrezygnowaniem udałam się w kierunku pokoju, gdzie przed chwilą z lekkim zainteresowaniem oglądałam wiadomości z kraju i świata. Gdy stanęłam w progu własnym oczom nie dowierzałam. Oto na moim fotelu, dzierżąc pilota od telewizora - siedział młody chłopak. Lat miał może góra z 20 i przypominał tych przystojnych młodzieńców z okładek czasopism. Przez chwilę się przyglądałam i oceniałam ów zjawisko, ale gdy dotarło do mnie że to obca osoba - coś we mnie wybuchło. Początkowo nie wiedziałam jak zareagować, a że przyzwyczajona do przemocy nie byłam, toteż żadnej broni w domu nie posiadałam. Postanowiłam że zachowam bezpieczną odległość, taką aby w razie jakiegokolwiek zagrożenia wybiec na klatkę i prosić o pomoc mało znanych mi sąsiadów. Odezwałam się. - Co ty tutaj robisz? Jak się tu dostałeś? Nikt cię nie zapraszał i jako właścicielka tego mieszkania żądam abyś wyszedł!- zabrzmiało to odrobinę żenująco. - W tym momencie to ja decyduje. - odpowiedział z wielkim uśmiechem ów chłopak. - Jak to ty decydujesz? To mój dom! - wykrzyczałam. - No dobra. Z tym się zgodzę, ale ten dom nie będzie twoim domem tak długo jakbyś chciała. Dano ci jeszcze kilka dni. - odpowiedział. - Jak to kilka dni? Jesteś z administracji? Przecież płace rachunki i to na bieżąco. - Można powiedzieć że jestem z administracji, ale tej bardzo, bardzo odgórnej. - odpowiedział i jeszcze większy uśmiech pojawił się na jego twarzy. - To ja już nic nie rozumiem. Kim jesteś? - ze zrezygnowaniem opadłam na krzesło - No dobrze, nie przedłużając. Jestem posłańcem, powiedzmy duchem twojej przeszłości W tym momencie o mało nie wybuchłam śmiechem, co z resztą zauważył młody chłopak - Duchem z przeszłości? To jak u Dickensa! Dziecko drogie, ty chcesz abym ja w to uwierzyła? Każdy na świecie zna tą bajkę, a jeżeli to nowy sposób na to, aby okradać mieszkania, to uwierz mi że zaraz zadzwonię na policje! Gadaj mi tutaj szybko o co chodzi! - Ale ja nie żartuje, mówię poważnie. O proszę - wsadził rękę do torby, którą miał ze sobą Muszę przyznać że wzięłam list z lekką obawą, ale stwierdziłam że drugi raz w moim nudnym życiu nic ciekawego się nie zdarzy, więc co mi szkodzi. Przez dłuższą chwilę wpatrywałam się na podany mi dokument i już chciałam coś powiedzieć do chłopaka, ale jego już nie było. Z niedowierzaniem aż uderzyłam się w prawy policzek, czy aby przypadkiem ostatnie minuty mojego życia to nie jakiś dziwny sen. Oprócz bólu policzka ani się nie obudziłam, ani dokument nie zniknął z moich rąk. Odłożyłam go szybko na stolik i postanowiłam że muszę się czegoś napić. Pobiegłam do kuchni, otworzyłam szafkę i wyciągnęłam Wyborową, którą dostałam na lodowate zimowe wieczory od mojego pracodawcy. Nie bardzo przejmowałam się w tym momencie dobrymi manierami, więc prosto z butelki wzięłam kilka ognistych łyków. Byłam tak zdezorientowana że miałam ochotę za jednym zamachem wypić pół butelki, ale z drugiej strony mój umysł nie mógł być jeszcze bardziej zamotany przez alkohol, więc odpuściłam sobie upijanie się do nieprzytomności. Szczerze powiedziawszy na ten wieczór odpuściłam sobie całą resztę. Poszłam spać. Rano obudziłam się z lekkim bólem głowy spowodowanym przez spożyty przeze mnie wczorajszej nocy napój. Od dziecka wiedziałam że moja głowa nie jest podatna nawet na najmniejsze ilości ów specyfiku. Mimo to wzięłam się w garść i razem z poranną kawą zabrałam się do przeglądania listu, który w niejasny sposób trafił do mnie poprzedniego wieczoru. Chwilowo miałam nadzieje, ze to zwykły papier od administracji, ewentualnie jakieś zaproszenie na urodziny, które ktoś wysłał w tak dziwny sposób - ale cała ta nadzieja prysła po tym, jak zaczęłam czytać. -------------- Szanowna Pani Zdzisławo S. Odgórna administracja zwraca się do Pani z ważną informacją a jednocześnie z wielką prośbą. Pani zegar życia wiszący w pokoju numer 24,8909.87 wykazał, że zostało Pani 7 dni na ziemi - od momentu przeczytania tego listu. Ze względu na wielki żal jaki odczuwamy Odgórna administracja w składzie: Aniela Śmierć Kostek Niebiosa Anioł Czyściec Szatan Piekło -------------- Zamarłam. Przecież to nie mogło być możliwe, to jakiś głupi żart, którym ktoś chciał mnie zranić, ewentualnie zmobilizować do jakiegoś ruchu, zabawy, ale żeby to traktować jako prawdę? Nie mogłam tego zrobić, takie rzeczy się nie zdarzają. W tym całym dziwnym zamieszaniu dorwałam się do telefonu i zaczęłam wydzwaniać do najbliższych mi osób: ciotka Hanka, wujek Waldemar, pracodawca Zbyszek, sąsiadka Aldona, listonosz Jacek, przyjaciółka Klotylda, przyjaciółka Heralda - ale każdy wybuchnął śmiechem i stwierdził że dzwonie ze wspaniałym żartem. A żarty przyznając szczerze, rzadko kiedy mi się zdarzają. Po tych doświadczeniach przyszło jedno wielkie zwątpienie w teorie żartu. Skoro nikt nie przyznaje się do tego psikusa, to może rzeczywiście mam zacząć to traktować jako prawdę? W końcu nic mi nie zaszkodzi jak jeden tydzień w moim życiu odrobinę ubarwię, najwyżej wyjdę na jedną, wielką, naiwną babę w następną niedziele - bo w końcu wtedy minie tydzień. Postanowiłam że zagram tak, jak ewentualny żartowniś lub ewentualna odgórna organizacja mi rozkazali. Wzięłam kartkę papieru i rozpisałam sobie plan na najbliższy tydzień, włącznie ------------ Niedziela 10.00 Śniadanie w najdroższej restauracji w mieście 12.00 Spotkanie z przyjaciółkami w Centrum Handlowym na zakupach 15.00 Fryzjer w Centrum Handlowym 17.00 Obiadokolacja w Pizzerii "Na kruchym spodzie" 20.00 Repertuar teatralny i ewentualnie jakiś spektakl. Poniedziałek 08.00 Wziąć niewykorzystany urlop 09.00 Śniadanie w drogiej restauracji 11.00 Biuro podróży i wybór zagranicznej wycieczki 13.00 Zakupy 15.00 Obiad w McDonaldzie (spróbujemy co to fastfood) 17.00 Pakowanie się na wycieczkę 19.00 Wino i spotkanie z listonoszem Jackiem Wtorek, Środa, Czwartek Wspaniały wyjazd Piątek Odpływam i wracam Sobota Odsypiam 18.00 Pożegnalna impreza ---------- Jak na pierwszy mój plan działania byłam z siebie bardzo dumna i zaraz po tym jak przeliczyłam moje oszczędności przystąpiłam do realizacji. Tydzień zapowiadał się cudownie... . . . . Tydzień minął szybko, a ja nigdy nie przypuszczałam że czas może tak szybko lecieć. Zwiedziłam trochę świata w wyprawie Pt. „Trzy państwa w 4 dni” - Ktoś mógłby powiedzieć że w tak krótkim czasie nic nie można zobaczyć, ale ja zobaczyłam i poznałam wspaniałych ludzi, którzy stali mi się bardzo bliscy. W tamtym momencie moje życie było bardzo ubarwione, a ja jedyne o czym mogłam myśleć to o tych 7 dniach, które zostały mi dane. Czy to był żart, który miał sprawić że moja wegetacja nabierze tempa? Czy to rzeczywistość? I z nadejściem niedzieli miałam kopnąć w kalendarz zostawiając wszystko to, co przez kilka minionych dni sprawiło mi niesamowitą frajdę. Niedziele zaplanowałam wolną. . Niedziela przebiegała bez żadnych większych przebojów. Rano leczyłam kaca, którego nabawiłam się po imprezie, a którą z lekka traktowałam jako pożegnalną, o czym niestety nie mogłam powiadomić moich towarzyszy. Gdybym opowiedziała o tym co mnie przez ostatni tydzień spotkało , pewnie potraktowaliby to jako żart, a nie jak poważną historie życia. Ewentualnie wzięliby mnie za psychicznie chorą, która uciekła ze szpitala i stara się zwabić do seksty „ludzi szybko żyjących i umierających”. Wszystko było pod znakiem zapytania. Moje ja i moi nowi przyjaciele. Robiąc bilans minionych dni, doszłam do wniosku że moje całe życie zostało zmarnowane na czekanie. Czekanie na cud, który nigdy nie nadszedł, a który miał przyjść. Zastanawiałam się czy to tylko ja? Czy jest więcej takich ludzi, którzy wychodzą z założenia że ich los jest gdzieś tam zapisany i trzeba czekać, aby wszystko samo poprzychodziło i aby wszystko samo było. Z moimi zmarszczkami, siwiejącymi włosami i z dziwnymi myślami uzbieranymi przez te wszystkie lata mogłam śmiało postawić się pod ścianą dla tych, którzy zmarnowali swoją szanse. Ostatni dzień polegający na rozmyślaniach…. Zasnęłam z moim bilansem w głowie. Ze snu wyrwało ją gwałtowne pukanie. Na ten dźwięk poderwała się i szybko podbiegła do drzwi. Za drzwiami stała śliczna, mała, rudowłosa dziewczynka. - Dzień dobry, czy to Pani jest Panią Zdzisławą S.? – zapytała z wielkim uśmiechem. - Tak to ja, czy coś się stało? - Tak! Jestem duchem Pani przyszłości i mam dla Pani bardzo ważną wiadomość – odpowiedziała, po czym weszła do mieszkania i udała się w stronę kuchni – ma Pani bardzo ładne mieszkanie, ale gdzie trzyma Pani jakieś słodycze? - Słodycze? Ja nie jadam słodyczy, ale chyba w lodówce jest jakieś ciasto ze wczoraj – odpowiedziała, ale po chwili zastanowienia podbiegła do lodówki, po czym wyciągnęła z niej ostatnie kawałki czekoladowego tortu z bitą śmietaną. Mała dziewczynka rozgościła się w kuchni na dobre. Siedziała, jadła tort popijając sokiem pomarańczowym, a przy tym wszystkim wlepiała w kobietę siedzącą na przeciwko swoje brązowe oczy, swoją drogą bardzo podobne do czekolady, którą ubrudziła sobie twarz. Zastanawiała się nad tym, dlaczego taka kobieta była sama przez większość życia. Niczego jej nie brakowało, w prawdzie było już widać pierwsze oznaki starości, ale to jej dodawało uroku niż cokolwiek odejmowało. Gdy w końcu skończyła jeść, zaczęła… - Nasza księgowa zrobiła bardzo staranną analizę dokumentu, który do Pani przesłaliśmy, jak i wykaz radości i smutków w Pani i tym samym… - wzięła głęboki oddech – chcielibyśmy Panią bardzo, ale to bardzo przeprosić, bo zaszło nieporozumienie. - Nie za bardzo zrozumiałam? – zdziwiła się Zdzisława. - Pomyliliśmy Panią z kimś innym, w związku z tym chcielibyśmy Panią przeprosić. - Jak to z kimś innym? To niemożliwe. Przecież miałam nudne życie, pozbawione radości, - Ale inni ludzie mają gorzej i musi się Pani z tym pogodzić. W związku z całym zamieszaniem oddamy Pani ten tydzień z powrotem, za moment się Pani obudzi w swoim fotelu i będzie ubiegła niedziela. Tak unikniemy wszelkich rozczarowań i konfliktów - Nie! – krzyknęła jeszcze głośniej – nie wolno wam tego robić, odbierać mi tego co najlepsze, nie wolno! – na te słowa wstała od stołu i zaczęła kręcić się po kuchni, jakby chciała coś znaleźć, ale nie do końca wiedziała co… - Musi się Pani pogodzić z faktami, przecież to nic takiego. My tylko oddajemy Pani ten tydzień. Niech Pani zrozumie – mimo że była małą dziewczynką, zachowywała się tak, jakby skończyła już studia prawnicze, a jej praca była wielkim posłannictwem. Posłannictwem - Wy nic nie rozumiecie – mówiła przez łzy – chcecie mi odebrać wszystko co mam!! Obiecuje, że nikomu nie powiem! Przysięgam, że nikt się o was nie dowie, ja tylko chce mieć to co mam! Nie chce, żeby ktokolwiek mi to odbierał. Po tych słowach padła na ziemię, nie wiedziała co robić, gdzie się ukryć. Czy płakać, czy śmiać się, czy po prostu pogodzić się z faktami. Jej twarz zalana była łzami, usta były wykrzywione w grymasie bólu, wyglądała tak, jakby wszystko straciło sens. Jakby wszystko co było dla niej piękne – nagle się skończyło, a ona nie potrafiła pojąć „dlaczego”. Zdawała sobie sprawę, że gdy się obudzi taką jaką była znowu nic nie będzie robić ze swoim życiem. Ta myśl bardzo ją raniła. Zachowywała się tak, jakby uświadomiła sobie swoją bezradność, brak motywacji – czyli wszystko to, co do tej pory towarzyszyło jej w życiu. Dziewczynka podeszła do niej i pogładziła ją po włosach. W tym geście nie było współczucia, był raczej przekaz mówiący „pogódź się z faktami”. Uśmiechnęła się i ruszyła w stronę drzwi. - Urzędy już takie są. Bardzo mi przyyykkk….. . W moim życiu nic ciekawego się nie wydarzyło. Żadnych miłości, żadnych wielkich przeżyć, od zawsze byłam i trwałam przy tym co dostawałam. Z łatwością można by mnie określić jako jedną z tych nudnych istot, które nie mają zamiaru robić czegoś ze swoim istnieniem, albo po prostu nie potrafią. Na przykład teraz. Siedzę w niedzielny, samotny wieczór i oglądam telewizje, czekając na jakąś wiadomość, na jakiegoś posłańca… Monika Korzon |
| « poprzedni artykuł | następny artykuł » |
|---|
