Trafri.net poleca: Film, Książki, Sztuka, Muzyka, Teatr
           
logo


Relacja ze Slot Art Festiwalu 2008
Wpisał: Stian   
19.07.2008.

Wydaje mi się, że z roku na rok duża scena na slocie robi się coraz bardziej międzynarodowa.

Holenderski zespół John Coffe, który otworzył tegoroczną dużą scenę to chyba jakiś rodzaj materiału wybuchowego. Wybucha z hukiem, a później jedyne co z niego pamiętasz to błysk. Podobnie z The Violet Burning zapowiadanym jako wielką niespodzianka i legendarny zespół. Oba bez problemu mogłyby być gwiazdami sceny ekstremalnej. Przez kilka minut występu Tres.b wydawało mi się, że śpiew i muzyka idą całkiem innymi drogami. Dopiero przy kolejnych piosenkach można było poczuć magię tego występu. Zdecydowanym plusem grupy jest dobry kontakt z publicznością i oprawa ich muzyki: bańki mydlane czy serpentyny puszczane podczas występu. Gwiazda dnia Mitch and Mitch wywiązali się wzorowo ze swojego zadania, czyli było śmiesznie i tyle.
W drugi dzień na dziedzińcu można było poczuć nudę i słyszeć kiepski hiphop. Zdecydowanie było to najsłabsze ogniwo festiwalu. Zaczęło się bardzo źle: od występu Arcziego, którego jarmarczna mieszanka reggae i hip hopu, wygoniła mnie bardzo szybko spod sceny. Gdy wróciłem na koncert ekipy z Christafari, doznałem ponownego zawodu. Muzyka prezentowana przez liczną ekipę związaną z głównym projektem Christafari i ich solowymi projektami można określić jako „po porostu reggae". Wiele ciekawszych przedstawicieli tego gatunku występowało w poprzednich latach na małej scenie.
Trzeciego dnia wystąpili niepokonani promotorzy jazzu, czyli Pink Freud. Mimo braku wokali i odkrywania całkiem innych biegunów muzyki niż poprzedni wykonawcy, zespół został dobrze przyjęty. Kto choć raz widział ich na żywo, wie że są wtedy w swoim żywiole. Gwiazdą wieczoru był kolektyw Luc i Rahim, ze swoim kosmicznym – dosłownie - projektem. Mimo strojów w stylu Michała Wiśniewskiego, panowie pokazują klasę jakiej brak pozaasfaltowej scenie hip hopowej w Polsce.
No Longer Music był niekwestionowaną gwiazdą czwartego dnia. Jednak wielu pewnie – tak jak i mnie - zauroczył zespół Lingby. Grupa kojarzyła mi się z Lonely Drifter Karen, to chyba przez ten sam styl „nieśmiałego bycia" na scenie. Stworzyło to ciekawy kontrast z grupą Davida Pierce, którzy w swoim szoł wykosztują wszystko: od elementów wspinaczki, po zabawy z ogniem. Zdecydowanie warte obejrzenia, wydaje mi się nawet, że zagrali lepiej niż kilka lat temu w Lubiążu.

Slotowa wozownia, czyli scena mała i ekstremalna
Wozownia od kilku edycji slotu, kojarzy się tylko z ciężkim basem i werblem odbijającym się do ścian. Dobór zespołów do małej sceny jest dla mnie coraz mniej zrozumiały. W tym roku ciekawe były tylko Hedone, Nell i Lont. Reszty nie potrafiłbym nawet powiązać z jakąkolwiek nazwą.
Scena ekstremalna to miejsce, którego brakowało na slocie. Pozwoliło to na odciążenie głównej sceny zarówno pod względem gatunków muzyki, jak i liczebności osób pod nią.

Warsztaty i wykłady
Wiele ciekawych informacji zdobyć tez można było na wykładach z „Nieznanej historii filmów", ale jest to temat na dłuższy artykuł. Być może już niedługo będzie można coś o tym poczytać na łamach Trafri.
Podobnie sprawa ma się z wykładami Zbyszka Pawlaka na tematy euroazji i islamu. Jest to człowiek, który przez doświadczenie poznał obyczaje panujące w Kazachstanie czy innych republikach poradzieckich. Brak tu skrajnych opinii, karcącego - dla tej kultury - tonu, a pełno faktów i ciekawych historii.

Slot jak to slot, warto tam być dla samej atmosfery.

 
« poprzedni artykuł   następny artykuł »