






- Wtedy wyrosły mi na palcach czereśnie. W ciągu kilku sekund z niedojrzałych, pokurczonych, zielonych kuleczek metamorfowały w pomarańczowe, karminowe, aż wreszcie soczyste ciemnoczerwone, dorodne, jędrne, błyszczące owoce na chudziutkich łodyżkach.
Kiedy podniosłem rękę, żeby przyjrzeć im się z bliska, łodygi zamieniły się w gumową linę, która rozciągała się osiągają wysokość czteropiętrowego bloku. Na jej końcu zamiast czeresienki dyndał człowiek. Zorientowałem się, że moje dłonie zamieniły się w ramiona dźwigu stojącego na moście, z którego chwilę wcześniej skoczył, siarczyście przeklinając, ten jegomość. Tak więc przejechałem powoli w stronę prawej krawędzi urwiska. Ja, dźwig, na moich ciężkich żelazno - gumowych kołach.
Spojrzałem pod nie. Asfalt na drodze zasypywany był coraz większą ilością drobnych kamieni. Piętnaście, pięćdziesiąt, pięćset. Większe odłamki skalne, głazy, grudy ziemi, pagórek porośnięty trawą.
Na gąsienicach poruszał się czołg, z lufy raz po raz wystrzeliwano pociski. Dookoła wrzała wojna. Jechałem dalej przed siebie. Ziemia wybuchała coraz rzadziej, coraz ciszej. Wszystko umilkło.
Do włazu ktoś zapukał. Samotny mężczyzna w mundurze otworzył. Oczom ukazała się dziewczyna. Wysoka, szczupła, ruda. Długie, proste włosy przykrywały jej to, o czym często myślą żołnierze podczas wojny. Bo na swoim bladym ciele miała tylko chustkę przewiązaną w talii, która z trudem przysłaniała to, o czym żołnierze myślą najczęściej. Mężczyzna skoczył na nią, upadli na czerwoną jedwabną pościel. Powietrze przecinało skrzypienie łóżka.
Odezwał się głos: "Chciałbym się widzieć z kierownikiem hali. Ta wersalka skrzypi." A słońce odbijało się w posadzce na sklepowej podłodze. Tego ranka kierownik wzywany był już trzy razy. Nie dane mu widocznie było skończyć jeść pączka, ani dopić kawy. "Pączek - pomyślałem - jak to słodko być pączkiem."
Usłyszałem swój śmiech, a potem zawtórowała mi cała sala. Publiczność w tym teleturnieju zawsze się śmieje. Za to im płacą. Ja stoję na środku sceny i tańczę bolero. Mężczyzna siedzący z tyłu sali wstaje, obejmuje mnie w pasie i występujemy we dwoje.
Lubię słuchać szelestu tej sukienki. Jest jak liście spadające jesienią z drzew albo kartki podczas etapu drukowania na nich faktury VAT.
Podła robota. Przy kasie można tylko stać, a jeśli jest się kobietą i ma się "te dni", trzeba nosić czerwone opaski na ramieniu.
Opaski w gwiazdki, skarpetki w różowe paski - dziś są moje urodziny. Przyjdą koleżanki z przedszkola i zjemy tort.
W piekarni akurat sprzątaliśmy. Pokłóciłem się z szefem i w zemście, to, co zmiotłem z podłogi, wrzuciłem do wielkiego garnka. Chyba z kremem do tortów.
Tort to najulubieńsza część urodzinowych przyjęć siedmiolatek. Biegłam w błękitnych sandałkach z wyciągniętymi rękami, przed siebie, do mamy, po ciasto. Nagle potknęłam się i upadłam. Straciłam przytomność.
.I wtedy obudziłem się zlany potem.
- Stary, ale jazda! Co to za towar, man?
- Towar? To coś mocniejszego, koleś.
- Mów ile kosztuje. Biorę gram na dobry początek.
- Nie kupisz jej. Możesz ją tylko sam sobie stworzyć. Kiedy najbliższa Ci osoba zniknie, nie umiesz bez niej żyć. Zjawia się niespodziewanie i nie opuszcza na krok.
Chwilę wcześniej.
- Tomek!!! Tomek, otwórz! Ktoś do Ciebie! - Matka coraz energiczniej pukała w drzwi. Głośna muzyka z magnetofonu jednak zagłuszała jej wrzask. - Tomek! - Przestała pukać. Nie dbając o konwenanse nacisnęła klamkę.
Drzwi do pokoju otwarły się, a jej oczom ukazał się syn siedzący z zamkniętymi oczyma na podłodze w pozycji kwiatu lotosu. Bez zająknięcia wpuściła kolegę do środka i zamknęła pokój.
Chłopak wybudził Tomka z transu i przeszedł do codziennych, rutynowych czynności. Z kieszeni wyjął kilka paczuszek marihuany, kości haszyszu i torebek amfetaminy. W zamiast bez słowa dostał 10 gram czyściutkiej heroiny. Jak mówią: pozaziemskiej - po spróbowaniu odlecisz i trudno ci będzie wrócić na orbitę.
Handlował z Tomaszem już od dłuższego czasu, więc znał go o tyle dobrze, że nie zaskakiwały go dziwaczne przyzwyczajenia kolegi. Ważne było, że płacił za towar na czas. Zdarzało się, jak dziś, że silili się jeszcze na kilka minut rozmowy.
- Hasz tym razem daje dobrego kopa. Ceń się. Co słychać? - Najpierw interesy, potem uczucia - motto dealerów z okolicy. - Słyszałem, że miałeś ostra schizę. Ploty, stary, się szerzą. Żebyś tylko kiedyś nie zaszedł za daleko. Mów.
Potem.
- Nie wkręcaj mi koleś! Co to było?
- Nazywa się Tęsknota.