s

z

h

s

z

Laboratorium Rzeczywistości.

| index | słowa | zdania | handmade | oblicze | sznurki |


<< <<

Skrzydła

 

Biegła, goniąc podmiot, który wciąż parł na przód. Czy istniał naprawdę, czy był tylko jej własnym urojeniem? Biegła za mignięciami czarnych plam, pojawiających się to tu, to tam. Po lewej, po prawej. Znikały za rogiem i znowu pojawiały się tuż przed nią. Goniła aż do utraty tchu. Kiedy już nie mogła złapać oddechu, nabrać powietrza, odkryła, że do dalszego biegu nie jest jej to potrzebne. Pędziła umysłem, ciało było tylko przeszkodą, której pokonanie stwarzało możliwość nabrania większej prędkości.

I wtedy z zachmurzonego nieba wymknął się jeden promień słońca. Trafił jej prosto w oczy, ucinając wszystko, o czym myślała, spalając pajęczynę wątków wokół jej głowy. Stanęła niczym narowisty koń, zmrużyła oczy i dopiero wtedy poczuła, że jej ciało pragnie tlenu.

Coś, co goniła, zniknęło. Uleciało w przestwór niebieski pod zasłona jej długich rzęs. Odruchu, który miał jej pomóc żyć, bezwarunkowego skurczu, tym razem tak niepożądanego. Zdążyła tylko zauważyć, jak za pierzastą chmurą chowają się czarne, wielkie skrzydła.

Na białym obłoku rozmiarów miasta usiadł bezszelestnie anioł. Ironiczny uśmiech wykrzywiał jego pogodną twarz. Jakże on niezmiernie lubił tą zabawę! Doprowadzać ludzi do obłędu, mieszać zmysły, pozostawiając ze znakiem zapytania na szarych obliczach, pustką w głowach. Wypuszczał ich z sideł na środkach skrzyżowań, w głębi ciemnego lasu, na cmentarzu nocą, w sypialni sąsiada... Nic dziwnego, że otrzymał od Boga czarne skrzydła. Czarne, ale za to jakie! Monstrualnych rozmiarów, o lśniących, miękkich, pachnących powietrzem piórach i szybkości wiatru. Eleganckie, jak mało które. Był z nich dumny i w każdej sytuacji promieniał radością, gdy ktoś wyraził dla nich uznanie. Głęboko na dnie serca chował wspomnienia z dzieciństwa, kiedy po raz pierwszy je zobaczył.

Wtedy, łkając w ukryciu, szorował je grubym, twardym włosiem oraz wodą z mydlinami, próbując dotrzeć do śnieżnej bieli, która przecież musiała kryć się pod tą smołą. Nigdy nie przeglądał się w kroplach wody, ani kryształkach lodu, zawsze unikał towarzystwa i żył nocą. Wiele razy próbował udać się do Niego z wizytą, zapytać o powód tego "nieszczęścia", którym został potraktowany, lecz za każdym razem, widząc strażników, rozpływał się w chmurach. W końcu pewnego dnia obudził się z mętlikiem w głowie. Wziął do ręki złote anielskie ostrze, które leżało głęboko schowane w jego przepastnych szatach i zamknąwszy oczy, dwoma ostrymi cięciami pozbawił się skrzydeł. Poczuł piekący ból na plecach, słone krople ciekły mu po policzkach, a narzędzie zbrodni wypadło z rozwartych, bezwładnych dłoni. Powoli całe ciało sztywniało i zimny anioł spadał z nieboskłonu w dół. Nie roztrzaskał się o ziemię. Wtopił się w nią miękko i leciał dalej w głąb, aż do jej jądra. Nieświadom mijał tysiące grzeszników, którzy z otwartymi ze zdziwienia buziami wodzili za nim wzrokiem. Finał jego lotu nastąpił, kiedy ciepło płomieni rozgrzało już jego ciało, wskrzesiło w nim iskrę życia, a on otworzył oczy. To, co ujrzał nie należało do najprzyjemniejszych widoków. Czerwień, żar, wykrzywione na skutek temperatury powietrze. Na podłodze usłanej kośćmi, poszarpanymi płatami mięsa ludzkiego i zwierzęcego, klejącej się od wnętrzności leżały jego czarne skrzydła.

Kiedy dotarło do niego, co miało miejsce, zaczął myśleć. Czas płynął tutaj dla każdego inaczej, więc łatwo było mu zatrzymać krok zbliżających się do niego dwóch postaci. Dopiero wtedy poczuł, że nigdzie poza Niebem nie znajdzie sobie miejsca. Zaczął szybko myśleć, jak wyrwać się z tych piekielnych czeluści i powrócić na górę, jak cofnąć czas i zamiast odebrać sobie tchnienie, przytulić tylko miękko skrzydła i przesunąć po nich ciepłą dłonią z czułością. I to wystarczyło. W mgnieniu oka pozostawił dwie czerwonookie postaci na dnie Ziemi w niezręcznej sytuacji, a sam znów wdychał świeże porcje chmur.

Podziękował Mu w duchu i wiódł dalej żywot anioła szczęśliwego. Czasem pozwalał sobie na igranie z zasadami, jak dziś.

Nie wiedział właściwie, dlaczego to robi, ale nie rozumiał też innych, czemu tego nie czynią. Było to dla niego swoiste spełnienie, coś jak bliskość fizyczna między ludźmi na Ziemi niedostępna dla aniołów. Szybka, przelotna miłość z adrenaliną. Grzeszne... nie! Grzech nie był dla nich. Oni pozwalali sobie na właśnie taki konwencjonalny romans z niemoralnością. Jednak czy wiedział, że po każdej tej przygodzie zostawiał coś po sobie swoim ofiarom? Kończąc błyskawiczny lot w nieboskłon, tracił jedno pióro ze swych skrzydeł. Czarny niepokojący dowód na poparcie ludzkiego obłędu.

A ona skrzętnie je zbierała. Każdy oczyszczała z kurzu, pyłu i brudu, którym nasiąkł podczas lotu z niebios na ziemię i chowała za szybą, w swojej szafce przy łóżku. Ciocia mówiła zawsze, że to idiotyczne kolekcjonować pióra kruków. Ale ona wiedziała swoje. Jak mogła mieć racje ciocia, która codziennie ubierała się w białą, krótką sukienkę pachnącą zwykłym proszkiem i nosiła białe za duże klapki, niezależnie od pory roku? Latem otwierała okna, zimą paliła w piecu i zakładała tylko porozciągane brzoskwiniowe skarpetki. Jak mogła ufać cioci, która każdego dnia rano i wieczorem podawała jej tacę z malutkim plastykowym kubeczkiem z wodą i garścią kolorowych pastylek? A pastylki lubiła. Mogła godzinami im się przypatrywać, schowawszy je wcześniej po cichu do kieszeni, zamiast połknąć, kiedy czas tego wymagał. Najgorzej, gdy ciocia odkryła jej kolorowe źródełko radości. Wtedy nadchodziło to, czego najbardziej nie lubiła. Groźny pokój.

Kiedy już oplotła się rękami, złączywszy je na plecach, zaczynała krzyczeć. Światło gasło, a jej głosu nikt nie słyszał, próbowała kopać nogą w ściany, ale zawsze stopa lądowała na czymś miękkim. Za każdym razem na nowo ją to dziwiło, lecz wcale nie pozytywnie.

Któregoś dnia, gdy znów odbijała się od murów pomieszczenia, przypomniała sobie o czarnych piórach. Ciemnych jak mrok, w którym teraz się znajdowała i miękkich jak skraje pokoju. Z całego serca zapragnęła wziąć je w dłoń, położyć na nich buzię i wciągnąć nosem ich zapach. Chęć narastała, ochota przeradzała się w szaleńcze pragnienie. A ono w obłęd. Makabryczny, czerwonooki, gorący. Potrzeba było tylko wydostać się z tego miejsca! Ale jak? Jak? Potknęła się o własne nogi. Upadła i poczuła śliski materiał w ustach. Zaczęła gryźć, szarpać, drzeć. Zębami docierała coraz głębiej, mieliła coraz bardziej zapalczywie, głowa szła coraz bardziej zamaszyście, aż wreszcie nim dotarło do jej powolnego mózgu, że dotknęła już go gołego betonu, ciało w rozhukanym zapędzie wykonywało ostatni rozmach. Uderzyła z całą swoją siłą w podłogę i upadła, jak już ktoś kiedyś, bezwładnie. Za zamroczonymi oczami ujrzała jasność, biel, światłość.

Zobaczyła jego. Postać, która była właścicielem tych czarnych trofeów. Biegła w jego stronę w absolutnej ciszy. On nie mówił nic. Ona nawet nie próbowała poruszyć wargami. Żeby tylko nie zburzyć tego co właśnie ma miejsce. Dotarła. Teraz dzielił ich już tylko krok. Udało jej się. Dogoniła go. Nareszcie. Wyciągnął dłoń, a jego gigantyczne skrzydła uniosły się niczym przygotowane do lotu, natychmiastowego startu. Spojrzała na jego twarz. W oczach odbijała się jej postać, za którą dostrzec można było coś niepokojącego. Odwróciła się momentalnie. Coś ruszyło błyskawicznie za nią, aż wiatr świsnął. Powoli docierało do niej, co chciał jej przekazać tym gestem. Podniosła swoją dłoń i dotknęła nią pleców. Poczuła je. Nie były duże. Nie tak wielkie jak jego. Miały za to połysk nocy, zapach stokrotek i kolor rozumu, dla którego w jej głowie nie było miejsca. Wyprostowała rękę, jej pióra także uniosły się. I tak stali niczym przygotowani do lotu, który nie miał nigdy nastąpić...

I wtedy znów poczuła to, co kilka dni wcześniej. Tlen. Potrzeba, pragnienie, mus. Oczy otwarły się automatycznie, ciałem wstrząsnął spazm, rozległ się charczący kilkusekundowy dźwięk, którym jej ciało znowu umożliwiło sobie powrót do świata żywych. Usłyszała kpiący głos cioci: "I co? Widziałaś światełko na końcu tunelu?"

Zobaczyła coś więcej. Zobaczyła, kto czeka na nią na końcu jej ziemskiej wędrówki.