






Zaczęło się jak zwykle.
Kiedy Słońce podniosło swoją tarczę kilkanaście centymetrów ponad budę od psa, Stanisław wstał z łóżka. Zaczął codzienne czynności, które wykonuje większa część ludzkości o tej porze. Gdy już ostatnie guziki zostały zapięte, a talerze umyte, sięgnął do szuflady po fajkę i, z racji tego, iż było to czwartek, napchał do niej tytoniu waniliowego.
To samo Słońce obudziło jeszcze połowę mieszkańców tego miasteczka. Połowę, czyli siedmiu. Panią Zosię - sklepikarkę o siwych włosach, która ciągle jeszcze, w tajemnicy, maluje paznokcie u stóp na czerwono. Zdzisława - jej syna, pracującego w Mieście, mającego słabość do ogórkowej. Zuzię - przedstawicielkę najmłodszego pokolenia, której ulubionym i zarazem jedynym słowem, które umie powiedzieć płynnie, jest "zupa". A także: burmistrza - Tomasza, Marię, Antoniego oraz Edytę.
Słońce wspinało się coraz wyżej, a ludzie coraz głębiej zapadali w codzienną rutynę. Wyczekiwali, aż zegary wybiją szesnastą, żeby móc wystudiowanym ruchem przekręcić zamek, zapiać kłódkę w sklepie czy też pożegnać się z inną formą pracy, którą wykonywali, a potem powolnym spacerem główną ścieżką udać się na stołówkę, gdzie całe miasteczko razem spożywało obiad. Zwyczaj ten doskonale odzwierciedlał pomysłodawcę - Stanisława. Jego motto, w zależności od dni tygodnia oscylowało między: "szanuj sąsiada swego jak siebie samego", a "nawet z nielubianymi bratać się należy". Mężczyzna ten swoją specyficznością mógłby złamać wielu, którzy siebie nazywają pedantami, dziwakami czy też ludźmi nad wyraz poukładanymi. Stanisław każdy poniedziałek traktował zdecydowanie inaczej niż piątek. Może to z racji braku zajęcia, pracy, zawodu upodobał sobie dzielenie dni tygodnia na odrębne jednostki, w ten sposób, aby nikt nie spróbował nawet zapomnieć czy zapytać, cóż za dobę dziś mamy.
Wysyłając list czy też kartkę do ich miasteczka miałbyś wielki problem, gdyż dzisiaj akurat nazywa się Czwartek, ale jak się zapewne domyślasz, za dwa dni już przyjmie miano Soboty. Mało tego! Na obiad będzie pomidorowa oraz leczo, do picia kompot z wiśni, do wytarcia rak krwistoczerwone chusteczki, w oknach zawisną karminowe firany, a tulipany przed domami, obroże psów, samochody, dachy, graffiti na murach będą zlewać się w jedną ognistą całość.
Wydawać by się mogło, że jest w tym coś nienormalnego, zbzikowanego i całkiem niezrozumiałego, ale dla mieszkańców stanowiło to "szarą" codzienność. Stwarzało to pozorne wrażenie, że w ich mieścinie coś się dzieje. Tak więc w tym szaleństwie była metoda...
Stanisław, ubrany w lniane, białe spodnie, taką samą koszulkę polo, ze słomianym kapeluszem na głowie wybrał się na poranny spacer, który tylko z pozoru odbywał dla zdrowia. Faktycznym powodem tych przechadzek był obowiązek sprawdzenia, czy wszyscy i wszystko dziś tchnie anielskim polotem i czarem. Tego dnia zdecydowanie żałował, że trawa i drzewa są barwy zielonej i panuje wiosna. Czy nie dałoby się w czwartki zrobić zimy? Albo chociaż niech niebo spowiją chmury. Natura jest nieokiełznana i bardzo irytuje takich ludzi jak on.
Mijając przedostatni domek, spiął się i skumulował siły. Przed nim teraz niedługa, ale ciężka droga pod górę, aż do domu Stasia. Imię takie samo, ale charaktery, niczym woda i ogień. Staś, choć był starszy i jego głowię spowijały srebrne szarości, jeździł na rowerze, pływał kajakiem, startował w rajdach samochodowych, hodował kanarki i co wieczór, od czego Stanisław dostawał wypieków z wściekłości, przyprowadzał do miasteczka kobietę. Nie chodziło o to, co on tam z nią wyprawiał w tym swoim domostwie, ale oto, że owe panie ni w ząb nie przestrzegały reguł i zasad tutaj panujących. Bo niby kary za to nijakiej nie było. Ale niech ktoś spróbuje zbuntować się w takiej społeczności ja ta, a zobaczy, że ma ona taką ogromną siłę, jakiej by się nigdy nie spodziewał.
Dotarłszy do chatki Stasia, Stanisław wolał nie spoglądać na swoje buty, które już zapewne zostały wątpliwie przyozdobione nie tylko błotem, ale także i innym świństwami. Szedł więc prosto, jak gdyby nigdy nic, powłócząc nogami i wtedy zahaczył o korzeń. Wielki huk został stłumiony przez bagniste podłoże, w którym utopiła się najpierw prawa noga, później ramię i twarz. Nie zdążył nawet krzyknąć. Podnosząc się i ocierając okulary oraz twarz czystymi fragmentami koszulki, nerwowo rozejrzał się po okolicy. Na prawo - pusto, na lewo także, za nim nikogo, przed - podobnie. Tylko jakiś dziwny blask. Czyżby ten rozpustnik od samego ranka marnował prąd, świecąc lampy? A może to tylko Słońce odbija się od szyb? Podszedł bliżej i ujrzał zjawisko, z jakim nawet on jeszcze nigdy w życiu nie miał możliwości się spotkać. Zaczął biec ku niemu, nabierając coraz większej prędkości. Już prawie był przed nim, mógł wyciągnąć dłoń, dotknąć, poczuć, powąchać, kiedy nagle chmury przysłoniły Słońce i blask zniknął. Stanisław zatrzymał się, potrząsnął głową, zamrugał oczami i spychając to, co miało miejsce przed chwilą, w głąb pamięci, zastukał do drzwi domu Stasia.
Gdy wracał, stawiał nienaturalnie wielkie kroki, nawet jak na schodzenie z góry.
Wielu z was na pewno nie raz już kroczyło w dół po osiągnięciu jakiegoś górskiego szczytu i każdy wie, że nogi wtedy pędzą metrowymi susami. Ale to, co wyprawiały jego kończyny nie mogło się z niczym równać. W wyścigowym tempie dotarł do domu, zdjął brudne ubranie, umył się i położył spać. Sen wszak jest najlepszym lekarstwem.
Obudziło go wrażenie, że jest spóźniony. Podniósł głowę z poduszki i kiedy zrozumiał, o czym myśli, zaczął się śmiać. Niemożliwością byłby taki stan rzeczy, on nigdy nie przychodził nawet za wcześnie, nigdy się nie mylił i nigdy... Już siedemnasta???!!! A więc jednak. Ten czwartek będzie nosił miano koszmarnego. Stanisław niczym w amoku narzucił na siebie ubranie i popędził na stołówkę. Wpadł zdyszany do sali, w której roiło się od szeptów i aż duszno było od gwaru rozmów. Zapadła cisza. Na stołach parowały tylko ostatkiem sił półmiski z kalafiorem, piersią z kurczaka i kluskami śląskimi. Nic nie było nawet tknięte. Żaden z mieszkańców nie wyobrażał sobie, że można zacząć jeść obiad bez jego obecności. Wszyscy poczuli się nagle zagubieni, nie mieli pojęcia, od czego zacząć, co zrobić. On dawał im gwarancję bezpieczeństwa, był ostają i pewniakiem, na którego mogliby postawić wszystkie pieniądze.
Ci ludzie byli jak dziecko, które, kiedy mama jest w pobliżu, potrafi rozwiązać najtrudniejsze zadanie, a gdy wyjdzie do innego pokoju nie jest w stanie zsumować dwóch liczb.
Stanisław usiadł jak zawsze u szczytu stołu. Rzucił krótkie: smacznego! I zabrał się do jedzenia.
Nie miał najmniejszego zamiaru, żeby do wszystkich dotarło, że coś się zmieniło. Pękła jedna z nitek utrzymujących harmonię. Zakłócona równowaga, z pozoru widoczna tylko w pośpiesznie ubranych przez Stanisława skarpetkach, które na szczęście przysłaniały białe spodnie. Ale prawda była w kolorze granatu.
Po posiłku ludzie zaczęli opuszczać salę. Gdy zabrał się do tego sam Stanisław i dochodził już do drzwi, zatrzymał go tłum mieszkańców kłębiący się za nimi. Przedarłszy się do przodu, stanąwszy na czele grupy, mężczyzna dostrzegł wreszcie przedmiot, w który zapatrzeni byli znajomi.
Blask, już mu znany, którym pałało drzewo, ocenił jako nieziemski i niesamowity. Nawet jak dla jego oczu. Tak niewielka, bo zaledwie półtorametrowa roślina, która pojawiła się koło chodnika całkiem znikąd, zdołała zburzyć doszczętnie wszystko, na co tak sumiennie pracował. Nieproszona wkroczyła w spokojne miasteczkowe poukładane życie, rozregulowywując mechanizm działania. Donnerwetter - powiedzieliby Niemcy. Ale nie Stanisław. On nie był ani Niemcem, ani nie przeklinał. On już układał w głowie plan, jak pozbyć się drzewka. Nie działała na niego jego uroda. Delikatne, młode gałązki, pełna witalności skórka, bo korą nie można jej było nazwać, wywołująca wyrazy zachwytu u ogrodnika Maćka. Jego interesowała długość korzeni, głębokość ich osadzenia, twardość gleby i wszystkie inne informacje ułatwiające nocny zamach na żywot rośliny.
Nastał piątek. Niebieskie drzwi domu Stanisława otworzyły się, obijając framugę z głośnym stukiem. Pojawił się w nich obraz nędzy i rozpaczy. Mężczyzna o podkrążonych oczach, zwichrzonych włosach, stąpający powoli, jakby mięśnie nie miały wstarczająco dużo siły i energii, aby móc podnieść stopę. Sunął przed siebie niczym w amoku. Nie odpowiadał na pozdrowienia, nie rozglądał się w około. Tylko kiedy mijał drzewko, splunął koło jego pnia. I ruszył dalej.
Roślina zabłyszczała chwilkę i urosła natychmiastowo o dobre 10 cm. Prezentowała sobą widok rześkiego, zdrowego, witalnego zwycięzcy walki, o której nikt, z wyjątkiem przeciwnika, nie mógł wiedzieć. Po nocnej bitwie pozostały tylko ślady w postaci odrobinkę rozkopanej ziemi w wokół drzewa i podłym samopoczuciu Stanisława.
Mężczyzna z całego serca zaczął nienawidzić roślinę. Kiedy ją mijał czuł dziwne upokorzenie, słyszał jego śmiech, miał wrażenie, że nosi na plecach wszystkie negatywne emocje, o które posądzał drzewo. To, że poza jego spojrzeniem, pokazuje mu język, przedrzeźnia, naigrywa się.
Pomyślisz, że zwariował?
On tylko głębiej wpadł w pułapkę swojej schizofrenii. Roił sobie coraz więcej, coraz mocniej w to wierząc. Już nawet nie pilnował porządku w miasteczku. A ono rozregulowywało się coraz bardziej, niczym stary zegarek, pozostawiony gdzieś na dnie szuflady. Bez opieki.
Stanisław starzał się, a miasto pozostało już na zawsze Piątkiem, gdzie wszystko jest niebiesko-błękitno-granatowe. Mieszkańcy dojrzewali do podjęcia decyzji o zmianach w swoich życiorysach.
Mężczyzna nie wychodził już nawet ze swojego pokoju. Leżał w łóżku z oczami wbitymi w widok za swoim własnym oknem. W to drzewo, które sięgało już nieba, a jeszcze ani razu nie zakwitło.
Minęło parę miesięcy, a śmierć już niemalże pukała do drzwi Stanisława. Mieszkańcy, którzy pozostali w mieście, zebrali się koło jego łóżka, chcąc spędzić z nim ostatnie godziny.
Zegar wybił siedemnastą, a wtedy zaczęło się coś dziać...
Pierwszy strzał, niczym z pistoletu z tłumikiem, głuchy i bezcelowy, goniony był przez następny. Drugi, trzeci, z lewej, z prawej. W końcu posypał się cały gradu stłumionych dźwięków. Wszyscy zgromadzeni przy łóżku padli zgodnie na ziemię.
Tylko Stanisław ostatkiem sił wytężył wzrok i dostrzegając przyczynę hałasu, uśmiechnął się, a potem zamknął oczy. Na wieki.
Z tym błogi wyrazem twarzy, zobaczyli go przyjaciele, wstający z podłogi. Przeżegnali się, odmówili modlitwę, przykryli całe ciało kocem i powędrowali wzrokiem za okno.
Ujrzeli drzewo. Które kwitnie. Po raz pierwszy.
A jego liście były niebieskie...