






"wrócisz i ostemplujesz moje ciało sinymi pieczęciami, jak panna na poczcie paczkę."
Nacisnęła palcem wskazującym przycisk STOP. Przewinęła utwór chwilkę i z słuchawek ponownie zaczęły sączyć się słowa. Ten sam palec delikatnie, samym opuszkiem, dotknął fioletowej powierzchni jej ramion. Długie paznokcie muskały ciało, które nawet tego nie odczuwało. Nie miała już siły wracać umysłem do tamtych chwil i zadawać sobie, po raz nie wiadomo który tego wieczoru, pytanie: dlaczego? Odnalazła się w bezsilności. Z cegieł upokorzenia i wstydu budowała inną kobietę. Te bordowe, bolesne wspomnienia lądowały z wolna w czarnych plastykowych workach na stercie śmieci. Nowy dom jej duszy, w którym nie było dla nich miejsca, powoli osiągał pierwsze i kolejne piętra. Kiedy udało się po kilku tygodniach pracy, zwieńczyć go dachem godności i rozbić o niego szampan powolnego powrotu do normy, worki złej przeszłości i brudnych myśli należało oddać do lamusa. I to w sposób wielce elegancki. Akcent z przytupem.
Jakiś czas później, te same palce, choć wypielęgnowane kremami, masażami, wklepywaniami i paznokcie ze świeżym manicurem w odcieniu najsoczystszych czerwieni wraz z właścicielką w nowej fryzurze, wyczyszczonym chemicznie płaszczu i wypastowanych butach na wysokich, wąskich obcasach, ujęły hardo plastykowa stertę historii i opuściły posprzątane mieszkanie.
Przecznicę dalej siwy staruszek odśnieżał ścieżkę prowadzącą do sklepu. Rytmiczne dźwięki miotły oraz efekt jej działania, w postaci nagiego chodnika działał na przechodniów iście kojąco. Po skończonej pracy mężczyzna strzepnął jeszcze biały puch z szyldu i wszedł do środka, przywitany przez wesołe pobrzękiwanie dzwonka. Był to sklep, jeden z niewielu w okolicy, niepoddający się nowoczesnym trendom, dotyczącym wystroju wnętrza, tak modnym zmianom logo czy jakiejkolwiek modernizacji interesu. W nazwie dumnie widniał rok założenia 1887 i nieomalże w tym samym momencie zatrzymał się tam czas.
Staruszek usiadł za dębowym biurkiem, poplamionym tu i ówdzie atramentem i pogrążył się w myślach, bezwiednie omiatając wzrokiem rzędy drewnianych szufladek.
Tego dnia, jak zwykle zresztą, ruch był mały. Niewielu z tych, którzy gonią pospiesznie od banku do sklepu, tu zagląda. Ich rozrywki i cele pakowane są w szeleszczące, markowe siatki albo sprzedawane na świątecznych promocjach. Szaleńczo prędkie życie, w którym Święta Bożego Narodzenia zaczynają się już na początku listopada.
Mężczyzna czekał, bo miał czas. Jako spokojny człowiek, cenił ludzi i szanował każdego, kto przekroczył próg jego interesu.
Minutę po dwunastej dzwonek niemiał zabrzęczał i weszła elegancka dziewczyna. Chociaż duże ciemne okulary przysłaniały jej oczy i sporą część twarzy, dało się dostrzec, że rozgląda się niepewnie i czyje wybitnie nieswojo.
"Dzień dobry" - padło z obu stron, poczym cisza znów zapanowała pośród drobinek kurzu, leniwie unoszących się w powietrzu, obnażonych przez promienie zimowego słońca, które wpadało przez szyby.
Kobieta snuła się spokojnie od regału do regału, czując, że powoli wlewa się w nią bezpieczeństwo. Pierwszy raz od dłuższego czasu - tak naprawdę. Zaglądała do katalogu, szuflad, przegródek. Kiedy wybrała już to, co mogłoby ją zainteresować, podeszła do biurka.
- Przepraszam, czy można je gdzieś wypróbować?
- Oczywiście - odparł staruszek, uśmiechając się szczerze.
- Ale.. Jak? - pytała niezrażona.
- Myśli same panią wypróbują. Proszę usiąść - podsunął jej staromodny fotel - odkręcić słoik i powąchać.
Kobieta postąpiła jak doradził jej sprzedawca i czuła, że jej zmęczone serce wypełnia ciepło, a umysł przyjemne mrowienie. Zamknęła oczy i przez dobry kwadrans oddychała głęboko, inhalując się odrobiną zapachu z każdego naczynia. Staruszek cierpliwie przyglądał się klientce. Znał takie przypadki jak ten. Na słoiki, które wybrała, najczęściej decydują się ludzie skrzywdzeni do cna, którzy utracili wszystko, ale mieli w sobie na tyle siły, żeby zacząć życie na nowo. Ona odcierpiała już swoje w duszy, a przede wszystkim na ciele. To, co dziwiło sprzedawcę, to jeden niezrozumiały wybór. Owo naczynie trzymał w regale w rogu, w dolnej, małej szufladzie - praktycznie nieotwieranej. Zawartość należała bowiem kiedyś do jego córki, która żyła bujnie, ekstrawagancko, grzesznie.
Kobieta wstała z fotela i życzliwym tonem zwróciła się do sprzedawcy, przysuwając cztery z sześciu wybranych wcześniej słoi.
- Za te dziękuję. Natomiast te dwa wezmę - powiedziała, podając je w odpowiedniej kolejności.
Uiściła opłatę i wyszła na dwór raźno, z dwiema nowymi myślami opatulonymi przez jej umysł, tak pragnący pokarmu.
"Sklep z myślą używaną" okazał się tym, czego właśnie potrzebowała. Dodał jej energii do działań i chęci do czegokolwiek.
Staruszek za biurkiem zamyślił się po raz wtóry. Sprzedał dziś dwie myśli. O niebie i o zemście. Która okaże się zakupem przeznaczonym na wieczne pozostawienie w szafie? Nie obawiał się ani nie drżał, lecz był po prostu, po ludzku, porządnie ciekaw.
Kobieta kroczyła przed siebie, pogrążona w ciszy. Owszem, stukot obcasów o bruk i szelest płaszcza towarzyszył jej nieodzownie, ale głowę wypełniał ocean bezgłosu. Pustka przemyśleń, całkowity brak wniosków, pytań, niedopowiedzeń, idei. Czasem tylko, kiedy zbliżała się do zjawisk i ludzi, którzy byli związani w jakiś sposób z którąś z używanych koncepcji, jej umysł przebrzmiewał basem zgrabnie snutych wątków.
W końcu stanęła przed wyborem z pozoru banalnym: wracać taksówką czy autobusem? I chociaż zamierzchły rozsądek dyktował co innego, górę wzięła świeżość. Nadeszła myśl. A właściwie nadpłynęła z wolna do niespodziewającej się niczego dziewczyny.
"Nie lubię tłoku, nie pragnę być przypadkowo dotykana, omiatana spojrzeniem pełnym pogardy, wolę mieć pewność, że zawsze będzie dla mnie tyle miejsca, ile potrzebuję; że zawsze będzie dla mnie miejsce."
Wróciła do mieszkania i zrzuciwszy z siebie wszystko, położyła się na łóżku, chcąc jak najszybciej uciec w sen.
Rankiem zerwała się w absolutnym przerażeniu spod pościeli. Niebywale szybko podbiegła do lustra, dotykając policzków. Śnił jej się on i fioletowe sińce. Znowu. I tak wiele razy przez wiele nocy. Nie mogła zrozumieć, jak to możliwe, skoro wyrzuciła wszystko z siebie na zawsze. Czyżby zakupy były nieudane? Coś nie zadziałało? Ona nie nadawała się do tego?
Pewnego sobotniego popołudnia, próbując zająć się czymś pożytecznym, porządkowała książki. Gdy przenosiła stosy z regału na środek pokoju, budując z cudzych słów, zdań i nazwisk fortecę, za którą mogłaby się bezpiecznie schronić - jak żółw w swojej skorupie, cisza w jej głowie nagle pękła. Nie mogła stwierdzić, co stało się wcześniej. Czy to książki najpierw wypadły z jej objęć, czy spośród kart i zza okładek wysypały się stare listy od niego, czy owe natrętne myśli zaczęły zawodzić w głowie niczym grupa rozstrojonych, jęczących wiolonczel.
Upadła na kolana. Wewnętrzny gwar nie ucichł, lecz z każda chwilą narastał. Stosy listów piętrzyły się, wysypywały zza zasłon, spod szaf, odpadały z sufitu. Skuliła się i złapała za głowę. Zaczęła płakać i krzyczeć jednocześnie - jak najrzewniej, najgłośniej. Stanęła chwiejnie na nogach i niewiele myśląc wybiegła z domu pozostawiając drzwi otwarte na oścież. Biegła w samym sweterku, wykrzykując panicznie, bełkotliwie i niezrozumiale przypadkowe słowa. Obnażyła tajemnicę swojego życia przed przypadkowymi ludźmi. Nawet nie dlatego, że tak łatwiej, ale dlatego, że przestała panować nad umysłem. Chociaż w głowie kołatało tylko słowo "zemsta", w niezmierzonej ilości, to pamięć stworzyła mu paranoiczną otoczkę. Bo oderwać się od pamięci nie są w stanie nawet schizofrenicy.
Dziewczyna biegła przed siebie, dysząc coraz głośniej, ale nie zwalniała tempa. Dotarła do skrzypiących drzwi, pchnęła je i przy akompaniamencie dzwonka dopadła mężczyznę.
Nie mogła wiedzieć, że jej oczekiwał. W ogóle niewiele wiedziała, bo spotęgowane odczuwanie zagłuszyło resztki racjonalizmu, którego na swoje własne życzenie się pozbyła. Stał przy biurku, wyprostowany i spokojny, siwe włosy dodawały mu dostojeństwa i dumy. Ona zdjęła okulary z podbitych oczu, ściągnęła z szyi medalik i po raz drugi w tym miejscu poczuła odwagę. Tym razem jednak, tylko i wyłącznie do agresji.
Okładała mężczyznę pięściami, z każdym uderzeniem pozbywając się brzemienia, które nosiła w sobie pod warstwą niby-uczuć, niby-myśli, niby-działań. Każdy tępy cios zrywał plastry podtrzymujące jej serce, pozwalał pulsować mu samemu. Ale nie - niewinnie, lecz we wiecznym skalaniu. To była jej Zemsta - wessana, wchłonięta do organizmu. Ale była też wędrówka - wokół Nieba. I tylko: wokół.
A kiedy uderzyła po raz ostatni i staruszek osunął się bez życia, odetchnęła, uwalniając z płuc powietrze przesycone ulgą.
Usiadła za dębowym biurkiem, poplamionym tu i ówdzie atramentem i pogrążyła się w myślach. "Droga do nieba prowadzi przez wybrukowany miliardami myśli czyściec."